czwartek, 28 sierpnia 2014

Droga do marzeń

Jeszcze raz o książce, która kiedyś bardzo Wam się podobała, a teraz co jakiś czas cyklicznie wskakuje na listy bestsellerów, po czym znów znika. Chciałabym Wam przypomnieć historię Konstancji, dziewczyny, która z wysokiego szczytu spadła na samo dno. Powody ku temu są dwa.
Po pierwsze rozmawiałam ostatnio z pewną bardzo bogatą kobietą. Na moją książkę trafiła przypadkiem. Siadła do lektury wieczorem, na chwilkę, a skończyła nad ranem. Nie była w stanie się oderwać. Odnalazła siebie i swoją córkę w jednym z aspektów opisywanej historii. Nad ranem obudziła męża i powiedziała mu, że najbardziej na świecie cieszy się, że swoje dziecko wyposażyli na przyszłość nie tylko w zasobne lokaty bankowe, ale przede wszystkim w konkretne życiowe umiejętności. Mąż trochę się zdumiał tą konkluzją wypowiedzianą bladym świtem, ale też się ucieszył. A ja wraz z nim.
Drugim powodem jest recenzja tej opowieści, która pojawiła się właśnie w sieci. Ucieszyły mnie dwie zawarte w niej informacje. Oczywiście, fakt, że książka się podobała, ale także, iż recenzentka czyta coraz więcej powieści polskich autorek.

To miłe. Dobrze jeszcze pamiętam czasy, kiedy dobre mogło być tylko to, co obce. I choć wiem, że nasza literatura jest nierówna, są książki wspaniałe, ale bywają i słabe, to jednak to samo można przecież powiedzieć o dziełach autorów zagranicznych. A ta książka opowiada o dążeniu do realizacji własnych marzeń, czasem niełatwym, ale przecież możliwym. Wiem, bo sama przeszłam tę drogę, zanim ją wam opisała. Krok po kroku.

,,Stwierdziłam, że skoro i tak przerzuciłam się w większości na polskich autorów, to chętnie przeczytam inne książki. I tak padło na "Drogę do marzeń". Teraz wiem, że był to strzał w dziesiątkę. Książka bardzo mi się podobała, dawno nie czytałam tak dobrej książki polskiej autorki" - pisze blogerka.

Cała recenzja tutaj: http://www.blaskksiazek.pl/2014/08/krystyna-mirek-droga-do-marzen.html?showComment=1409141336991


Dziękuję za opinię, zapraszam do odwiedzin na blogu ,,Blask książek". Czytania, komentowania oraz do zapoznania się z książką. Dla odprężenia, relaksu i przyjemności, ale także, by wymienić się kilkoma spostrzeżeniami na temat otaczającej nas rzeczywistości.

A już niebawem więcej informacji o książce najnowszej :)




wtorek, 19 sierpnia 2014

Dlaczego to dobrze, kiedy pisarce jest źle :)

Widzę pewną prawidłowość, badając biografie różnych pisarzy, a zwłaszcza pisarek. Otóż im gorzej, tym lepiej.

Małgorzata Musierowicz w powieści autobiograficznej ,,Tym razem serio..” , która jest już chyba białym krukiem, wydana bowiem została w małym nakładzie i nigdy nie była wznawiana, wspomina, że kiedy pisała pierwsze książki, miała czworo małych dzieci. Siadała wieczorami w kuchni, nad głową suszyło jej się pranie i starała się cicho uderzać w klawisze maszyny, żeby nie obudzić śpiących maluchów. Była zmęczona, niewyspana i miała mało czasu. Ale jakie powieści wychodziły jej wtedy spod pióra... Dzisiaj ma dorosłe dzieci, dom z ogrodem, sławę, chwałę . A także jak można się domyślić o wiele więcej czasu i dobre warunki do pracy. Ale, z całym szacunkiem, te ostatnie powieści to już nie to samo...

Joanna Chmielewska w swoich autobiografiach opowiada,  w jak ciężkich czasach powstawały jej pierwsze książki. Była tuż po rozwodzie, wychowywała samotnie dwóch synów, pracowała zawodowo i liczyła każdy grosz. W jej książce kucharskiej jest sporo przepisów z tamtych czasów, na potrawy, które człowiek gotuje, kiedy naprawdę jest mu ciężko finansowo. Ale jakie opowieści wtedy powstawały... Kilka lat później nie musiała już pracować, synowie podrośli, jej książki świetnie się sprzedawały. Miała doskonałe warunki do pracy. Ale, z całym szacunkiem, te kolejne powieści, to już nie było to samo...

Helen Rowling pisała cykl o Harrym Potterze, będąc samotną matką bez pracy. Tułała się  z córeczką po socjalnych mieszkaniach i żyła z zasiłku. Nie widziała przed sobą żadnej nadziei. Jaka książka powstała w tamtym czasie, każdy wie. Ja uważam, że pierwsza część jest najlepsza. Teraz autorka ma wszystko. Miliony, służbę, wielki dom i nowego mężczyznę. Pisze kryminały w doskonałych warunkach. Ale z całym szacunkiem, to już nie to samo...

Katarzyna Grochola swój pierwszy cykl powieściowy, który przyniósł jej sławę, napisała w bardzo trudnych warunkach. Też była po przejściach, klepała biedę i  sama wychowywała córkę. Zmagała się z życiem bardzo mocno. Ale napisała trzy świetne książki. Dziś ma dużo lepsze warunki do pracy. Wydała cykl opowiadań, który świetnie się sprzedaje. Ale, z całym szacunkiem, to już nie to samo...
Przykłady można by mnożyć.

Dlatego to dobrze, kiedy jest źle J Tak się właśnie pocieszam w ten słoneczny poranek,  próbując zaplanować wrzesień. Czas zacząć pisanie kolejnej książki, bardzo dla mnie ważnej. Już jest w całości w zeszycie, trzeba ją ,,tylko” wystukać na klawiaturze. W rozkładzie dnia ani jednej luki. Gdzie to zmieścić? Jeszcze nie wiem, ale z całą pewnością będę ostro walczyć :) W końcu im gorzej, tym lepiej. To ja mam bardzo dobrze :)

niedziela, 3 sierpnia 2014

O dużej rodzinie, zupie pomidorowej oraz nowej książce :)

Książka, którą właśnie kończę to dzieło drużynowe. Wprawdzie piszę ją sama, ale cała rodzina pomaga. Często w wywiadach jestem pytana, jak godzę swoje liczne obowiązki. Zawsze opowiadałam, w jaki sposób sobie z tym radzę. Niniejszym ogłaszam aktualizację. W tym momencie już nie godzę. Gdyby nie fakt, że są wakacje, moje córki mają wolne i bardzo dużo mi pomagają, podołanie wszystkim wyzwaniom stałoby się niemożliwe. Małe dziecko, dom, gotowanie, pranie, sprzątanie i jeszcze pisanie to jak się okazuje, czasem zbyt wiele. W tym momencie zajmuję się dziećmi i piszę, a rodzina ogarnia dom. Pomagają dziewczynki, pomaga mąż, a w najtrudniejszym momencie przyjechała do nas mama i przejęła stery. Powiem wam, że piękne to jest uczucie.
Duża rodzina to sporo obowiązków, ale jest to też zgrana drużyna, która wiele może. Kiedyś rezygnowałam z wielu spraw, bo miałam dzieci, od dłuższego już czasu mogę więcej, bo mam dzieci.
W związku z tym jesienią będę mieć dla Was dwie niespodzianki. Małą i dużą.
Po raz pierwszy w życiu napisałam opowiadanie. Nie miałam pewności, czy uda mi się sprostać wymogom tej formy, ale projekt wydawcy jest tak piękny, że postanowiłam chociaż spróbować. I udało się. Zdążyłam, napisałam i co więcej lubię ten tekst. Jego bohaterów i ich losy. Jeśli Wam też się spodoba, dopiszemy kontynuację już w dłuższej formie.
Prócz tego kończę książkę. Wiem, powtarzam to już od paru miesięcy, ale co poradzić. To taka powieść, że potrzebuje dużo czasu,  a i tak wciąż tego końca nie ma. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.
W tej opowieści wciąż ktoś je coś dobrego. Źle to wpływa na moją dietę :) Oni jedzą, to ja też mam ochotę.
Ostatnio jedna z bohaterek, straszna teściowa, przygotowała zupę pomidorową. Komputer mi pachniał, kiedy ona to gotowała. Rzuciłam więc wszystkim i pobiegłam zrobić sobie taką samą. Podam Wam przepis, bo teraz idealna pora na takie smakołyki.
Świeże pomidory, słodkie, dojrzałe, najlepiej z pewnego źródła, zalewamy gorącą wodą, wyciągamy i obieramy ze skórki, po czym kroimy na mniejsze kawałki.
Na dużą patelnię wlewamy oliwę i smażymy dwie pokrojone w piórka cebule, kiedy się zrumieni dodajemy  zmiażdżony czosnek (ile kto lubi). Jeśli porcja jest mała dodajemy na patelnię pomidory, jeśli większa wlewamy wszystko do gara. Doprawiamy solą, pieprzem, tymiankiem i bazylią lub innymi ulubionymi przyprawami. Zioła mogą być świeże albo suszone. Chwilę gotujemy, po czym miksujemy na gładką masę. To jest bardzo proste, a przepięknie pachnie i smakuje. Można podawać z ulubionymi dodatkami.
Życzę Wam smacznego w ten piękny, słoneczny poranek:)

Zdjęcie nie jest moje, zakupione na fotolia.com. Ja swojej zupy nie zdążyłam sfotografować. Za dużo się działo wokół :)