Strony

.

.

O zawodowych recenzentach

Usłyszałam ostatnio żałosną skargę fachowca z bardzo długim zestawem tytułów naukowych przed nazwiskiem, że czytelnicy nie słuchają fachowej krytyki, a wydawcy przed zakupem nowego tytułu zwracają się z prośbą o opinię do blogerów, a nie do zawodowców.
To prawda, znak naszych czasów, fachowa krytyka funkcjonuje wprawdzie gdzieś na obrzeżach powszechnej świadomości, ale głosu decydującego już nie ma.Ten głos należy do portali recenzenckich, internautów i znajomych. Zastanawiałam się nad przyczyną tego zjawiska, jeszcze przecież pamiętam czasy, kiedy zawodowa krytyka literacka miała sporo do powiedzenia.
Prywatnie sądzę, że jest dwóch winnych tej sytuacji. W przypadku pokolenia starszego - cenzura. Nauczyła odbiorców, że to co oficjalnie polecane, niekoniecznie jest dobre i słuszne. Pokazała, że należy się kierować własnym zdaniem i szukać prawdy raczej miedzy wierszami.
Jeśli chodzi o młodsze pokolenie jest to szkoła. Lista lektur, na której jest wiele pozycji nudnych, przestarzałych lub po prostu pisanych przez autora dla dorosłego odbiorcy, a nie nastolatka. Jeżeli młody człowiek słyszy, że dany utwór to wielka literatura, a potem czyta i mało mu się szczęka z nudów nie wywichnie, tak ziewa, to nie ma się co dziwić, że jeśli jeszcze kiedyś będzie chciał sięgnąć po jakąś książkę, zwróci się o radę do kogoś innego niż krytyk i teoretyk literatury, którzy mu ułożyli taką listę. Zapyta rówieśników lub otworzy internet.
Coraz więcej blogerów to prawdziwi fachowcy, choć często bez oficjalnego papierka, bardzo dużo czytają, świetnie się orientują w bieżących trendach, a co najważniejsze nie siedzą w gabinetach oderwani od rzeczywistości, tylko żyją realnym życiem i wiedzą, co współczesnego człowieka dotyka, a co nudzi.
Marzy mi się lista lektur w proporcjach: 50% - historia i teoria, 50%  - literatura współczesna i życie. Obecnie ten stosunek kształtuje się zupełnie inaczej. Przewaga historii i teorii jest miażdżąca.
Doświadczenie pokazuje, że w ten sposób wychowywani młodzi ludzie, nie przyjmują narzucanych im sądów i nie rzucają się z entuzjazmem na utwory klasyków, tylko zasilają kasy portali z opracowaniami, a czytają zupełnie co innego albo wcale.
Nauczyciele, robią co mogą, żeby w ramach obowiązującego programu szczepić miłość do książek. Znam naprawdę wielu, którzy walczą o to z wielkim poświęceniem, ale na listę lektur i podstawę programową nie mają wpływu i stoją często jak samotny wojownik naprzeciw skostniałego, skomplikowanego często absurdalnego systemu, jak na przykład kryteria oceniania prac maturalnych.
Gdybym dziś miała siedemnaście lat, byłabym blogerką, pisałabym recenzje i słuchała tych, którzy także to robią, miałabym konto na Lubimyczytać.pl, Granice.pl, Coczytać.pl i Czytajmy polskich autorów. To wspaniałe czytelnicze środowisko, gdzie tysiące młodych ludzi opowiada o książkach, które przeczytali, przecząc ewidentnie ponurym statystykom.
I choć czasem polecają literaturę niskich lotów, piszą recenzje dyktowane emocjami, niekoniecznie obiektywne, to także to świadczy o tym, że żyją i są szczerzy, a czytelnictwo promują tysiąckroć lepiej niż urzędowe programy i za to cześć im i chwała.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon