wtorek, 17 lutego 2015

mały wycinek codzienności

Dzisiaj mały wycinek mojej codzienności, którą raczej chronię i staram się oddzielać od życia zawodowego. Ale na specjalną prośbę jednej z Czytelniczek: opis dzisiejszego poranka. Do godziny dziewiątej wydarzyło się, co następuje.
O piątej rano obudził się Adaś z informacją, że za oknem szczekają pieski, którą przekazał w swoim własnym, dla mnie zrozumiałym języku, naśladując szczekanie i wskazując palcem w okno. Powiem szczerze, nie była to najbardziej pożądana wiadomość o tak wczesnej porze:) Zabrałam synka do swojego łóżka i próbowałam nakłonić różnymi argumentami, żeby jeszcze troszkę pospał. Ale na nic to się nie zdało. Trochę się poprzytulaliśmy, potem biedak szukał taty (tydzień w delegacji), następnie opróżnił szuflady, pobawił się dostępnymi zabawkami i stanowczo stwierdził, że już jest dzień i trzeba wstawać.
To wstaliśmy. Ubieranie (opanował nową umiejętność - ściąga pantofle z szybkością błyskawicy, jeden mu założę, a tu drugiego już nie ma :), potem mycie (również z przygodami, bo w łazience jest przecież tyle ciekawych rzeczy :), śniadanko.
Moje młodsze córki miały wyjechać właśnie na ferie, wszystko było przygotowane, spakowane, ale niespodziewanie okazało się, że jedna jest chora. Konieczna była szybka dramatyczna decyzja o pozostaniu w domu, przepakowywanie wspólnych częściowo bagaży. Kolejne śniadanie tym razem dla dziewczynek, lekarstwa, telefony do organizatorów wyjazdu. O ósmej zawiozłam zdrową córkę pod szkołę. Potem szybki powrót. Ósma trzydzieści, nasz gość - bardzo sympatyczna dziewczynka z Ukrainy, która przebywa u nas w ramach wymiany - odjeżdżała spod tej samej szkoły  w stronę Krakowa. Następne śniadanko, prowiant, pożegnanie. Jednocześnie druga dziewczyna z Ukrainy przywiozła swoje bagaże, bo ostatnią noc przed wyjazdem spędza u nas. Pokój, pościel, pożegnanie.
Dom do ogarnięcia. Mały, który sobie przypomniał, że on tak właściwie też jest przecież chory (choć od wczoraj czuł się już znacznie lepiej, ale chyba uznał, że chorzy mają większe prawa :), nie chciał się odkleić od mamy ani na chwilę. Pranie przejęła najstarsza córka.
Teraz w domu błoga cisza. Adaś śpi. Kamilka chora, zaopatrzona w lekarstwa czyta, Aneta - najstarsza odpoczywa, bo pomagała cały poranek - i też czyta, jednocześnie monitorując pranie. Monia bezpieczna w drodze, tata w delegacji. Ciocia, która przybyła na odsiecz, pojechała na zakupy. A ja do pracy. Każda minuta jest cenna.
Nigdy nie wiadomo, jak długo potrwa przerwa :)
Koncentracja, skupienie i już jesteśmy we Francji. A tam w tych winnicach dzieje się, oj dzieje :)
Mam nadzieję, że opowieść Wam się spodoba i wkrótce spotkamy się w książkowym świecie pod słonecznym niebem okolic Bordeaux. Z tajemniczym hrabią, Bereniką i Jakubem, Oliwią, pewnym zimnym draniem i innymi bohaterami.
Do zobaczenia :)

środa, 4 lutego 2015

Czy Mickiewicz byłby dzisiaj celebrytą?

Tak się dzisiaj zastanawiam od rana, analizując nasz rynek wydawniczy, jak by sobie poradzili nasi klasycy we współczesnych realiach.

Moim zdaniem Adam Mickiewicz byłby celebrytą. Miał prawdziwy dar, potrafił być duszą towarzystwa. Improwizował na bankietach, czarował kobiety, lubił bywać i cieszył się uznaniem środowiska zarówno w Polsce jak i na emigracji. Myślę, że pisałby prozę, bo lubił być w głównym nurcie i zapewne umiałby celnie zdiagnozować nasze polskie realia. Kto wie, może i teraz byłby na emigracji, innej zarobkowej i tęskniłby za krajem tak samo pięknie? Pewnie miałby wiele romansów z ponętnymi mężatkami i pisałyby o tym brukowce. Nie wiem, kto ma teraz w wielkim świecie najpiękniejszą i najbardziej fascynującą żonę, ale może spać spokojnie. Póki co nasz wieszcz mu nie zagraża.

Sienkiewicz okupowałby zapewne listy bestsellerów w sposób trwały i zarabiałby wielkie pieniądze, co mu się za życia słusznie należało, a nigdy nie zostało w pełni dane. Krytycy nie zostawiliby na nim suchej nitki, ale rzesze wiernych czytelników stałyby za nim murem. Myślę, że miałby świetne spotkania autorskie, prowadzone dowcipnie, z celnymi komentarzami ( i z pewnością żona by mu nie uciekła w noc poślubną - ale to tak na marginesie)

Orzeszkowa by nie przetrwała. Rozwlekłych opisów świat współczesny nie wybacza i nie pomoże nawet poruszanie ważnych problemów ani niewątpliwy talent do tworzenia arkadyjskich klimatów.

Norwid skończyłby dokładnie tak samo. Myślę, że dzisiaj też ubierałby się na czarno, czesał wyłącznie palcami, chodził po kawiarniach w poszukiwaniu literackiego ducha, którego dawno już tam nie ma. Pisałby nocami i utykał swoje poezje w kieszeniach, nie mógłby znaleźć wydawcy, bo na poezję nie ma rynku, a on nigdy by nie zdradził swoich ideałów. Snułby się po tym świecie i dzisiaj kompletnie niezrozumiały, cierpiał nędzę, imał przypadkowych zajęć i kto wie, może nawet teraz umarłby na gruźlicę, z wycieńczenia fizycznego i z powodu duchowego smutku.

Miłosz i dzisiaj by wyjechał i miał w stosunku do ojczyzny sporo zarzutów. To taki kraj, można kochać do ostatniego tchu, ale powodów do krytyki też dostarcza jak mało który.



Taką wielką powieść współczesną, o której marzą od lat krytycy, i wciąż nie powstała, napisałby pewnie
Reymont. Nie o chłopach zapewne, ale o innym środowisku reprezentatywnym dla naszych czasów, z uniwersalnym przesłaniem, emocjami, namiętnościami i szerokim tłem społecznym. Czy osiągnęłaby sukces komercyjny? Jeśli dobry redaktor skasowałby dłużyzny, z pewnością tak.

To tylko takie moje przypuszczenia, a Wy jak sądzicie?

Różnie można oceniać współczesny rynek wydawniczy i literacki świat. Wiele w nim kontrowersji, nie wszystko jest sprawiedliwe. Mamy jednak coś niezwykle cennego, co nie zawsze było dane. Wolność. Zarówno wyboru gatunku, jak i sposobu pisania, własnego miejsca, wydawcy, priorytetów i celu swojej twórczości. Trzeba być gotowym na poniesienie konsekwencji, ale każdy z nas może jednak wyboru dokonać i podjąć własną decyzję. Dla mnie to bardzo cenne.