Strony

.

.

Dzień twórczej weny.

Lubię takie dni. Skończyłam czwartą powieść. Brakuje jej jeszcze drobnych szlifów, ale w poniedziałek będzie już gotowa, by ją pokazać Wydawcy. Kosztowała mnie sporo wysiłku, ale przyzwyczajam się. Czytelnicy lubią emocje, a to wymaga starań od autora. To opowieść o marzeniach. Wielkich i malutkich, a także o tym, w jaki sposób mogą się spełnić. O tajemnicach ukrywanych latami i szukaniu drogi do prawdy o sobie samym.
Oprócz tego wymyśliłam fabułę powieści dla młodzieży. Zastanawiałam się nad tym miesiącami i nic mi nie przychodziło do głowy, aż dzisiaj nagle, w ciągu pół godziny, pojawiło się wszystko. Główni bohaterowie, ich charaktery, problemy i tajemnice. Miejsce akcji, fabuła i przesłanie.Wreszcie.
Jeszcze minie trochę czasu zanim to napiszę, ale teraz wszystko jest już na dobrej drodze:)

O dziecku, które kochało książki, kiedy książek nie było.

Tę opowieść dedykuję Blogerkom i Blogerom zwłaszcza tym, o najwyższych stosach recenzyjnych.

Nauczyłam się czytać w bardzo zacnych okolicznościach, mając lat cztery i pół. Moja babcia miała kłopoty ze wzrokiem i kupiła sobie specjalną książeczkę do modlitwy z bardzo dużymi literami. Pokazała mi, jak się je składa, a przede mną otworzył się świat magii. Zwykłe czarne znaczki, a taką miały moc. Długo byłam pod wrażeniem.
To był czas, kiedy nie wymyślono jeszcze wyścigu szczurów i inne dzieci w moim wieku spokojnie bawiły się klockami, nieświadome, że należy pokonywać konkurencję i przeskakiwać poprzeczki. Ja też dużo się bawiłam, ale litery od początku  pociągały mnie z wielką mocą.
Rosłam i chciałam czytać książeczki. Ale nigdzie ich nie było. W mojej małej miejscowości biblioteka miała oddział tylko dla dorosłych, księgarnia była w sąsiednim miasteczku. Byłam za mała, by tam dotrzeć. Moja mama dokonywała cudów, żeby zdobyć dla mnie jakąś bajkę. Kupić, co dziś jest nie do uwierzenia, nie można było, bo księgarnie były bardzo słabo zaopatrzone, głównie w komunistyczną propagandę. Klasyki i bajek jak na lekarstwo.
Kiedy myślę o tym okresie mojego dzieciństwa zawsze nasuwa mi się taki obrazek.


 Ptaszek z otwartym szeroko dzióbkiem. Mama w pocie czoła wciąż coś tam wrzuca, ale to wszystko jest za mało. Dzióbek nigdy się na dobre nie zamyka. Wciąż szukałam książek, ale w okolicy nie było tradycji czytania. Inne dzieci też niespecjalnie rozumiały moją potrzebę. Potem poszłam do zerówki. O radości niezmierzona. W szkole mieli bibliotekę. W ciągu miesiąca przeczytałam cały dostępny księgozbiór przeznaczony dla dziecka w moim wieku, co świadczy nie tylko o mojej pasji czytania, ale też o tym, jak bardzo musiał być ubogi. Pani bibliotekarka, kobieta z zasadami, siłą broniła przede mną regałów z książkami dla dzieci starszych. Mogłam z nich korzystać dopiero w czwartej klasie. Taki szmat czasu. Rozpacz moja nie miała granic. Pani bibliotekarka, człowiek o dobrym w gruncie rzeczy sercu, przejęła rolę mamy - ptaka i próbowała coś zdobyć dla wiecznie głodnego pisklęcia. Pewnego dnia podarowała mi prawdziwy skarb. Nowiutką książkę ,,Brzechwa dzieciom" jakimś cudem, w tych siermiężnych czasach, pięknie wydaną i ilustrowaną. Dostałam ją pierwsza, jeszcze zanim została skatalogowana, w akcie wielkiego zaufania i po znajomości. Obiecałam sobie, że będę czytać bardzo powoli. Wytrzymałam całą drogę do domu (pięć kilometrów pieszo i co krok jakieś przyjemne zacienione miejsce kuszące, by usiąść na chwilę i poczytać). Wieczorem położyłam książkę na łóżku i poszłam się wykąpać i przebrać, by w spokoju i uroczystej atmosferze zacząć wreszcie czytać to cudo. Mieliśmy wtedy w domu szczeniaka i,o rozpaczy, okazało się, że on też lubi Brzechwę. Zanim wróciłam, pies książkę dokładnie obgryzł. Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj. Jak miałam stanąć przed panią bibliotekarką? Co jej powiedzieć, kiedy tak sromotnie zawiodłam jej zaufanie? Książki odkupić się nie dało, bo takie rzeczy trzeba było zdobywać wtedy cudem i po znajomości. Nie spałam, nie jadłam, bałam się iść do szkoły. Trwało to tydzień, aż pani bibliotekarka swoim taktem wybawiła mnie, tłumacząc mi, że to nie koniec świata. Jestem jej za to dozgonnie wdzięczna, bo ja byłam przekonana, że owszem właśnie koniec.I to absolutny.
Kiedy trochę podrosłam i mogłam już chodzić sama do pobliskiego miasteczka na zakupy (siedem kilometrów piechotą) tata dawał mi dwadzieścia złotych kieszonkowego. Podejrzewam, że to kwota o podobnej wartości do dzisiejszej. Szłam wtedy uroczyście do księgarni, wchodziłam po trzech stopniach i mówiłam grzecznie: Dzień dobry, poproszę wszystkie książeczki dla dzieci i młodzieży.
Wyobrażacie to sobie dzisiaj? Dziecko musiałoby tirem podjechać, żeby wszystko spakować. A ja wtedy bez trudu za moje dwadzieścia złotych dostawałam całą ofertę. Najczęściej około pięciu książek, z czego dwie to były broszury propagandowe, dwie straszne nudy i jedna perełka, którą później czytałam do oporu, aż się okładki ścierały. Zwykłe, szare okładki przyjaciół mojego dzieciństwa.
Co ja czułam na widok takich zdjęć, długo by opisywać.

Gdzieś daleko był świat, w którym ludzie mieli w domach takie biblioteki.
Wiele lat później wyjechałam na studia do Krakowa. I choć wtedy księgarnie były już o wiele lepiej zaopatrzone, a ja znałam sporo miejsc, w których można było zdobyć książki, kiedy pierwszy raz stanęłam w czytelni Biblioteki Jagiellońskiej, zamarłam. Książki od podłogi po sam sufit i jeszcze na półpiętrze. Wszystkie na wyciągnięcie dłoni. Nadszedł w moim życiu taki moment, kiedy poczułam po raz pierwszy, że książek jest więcej, niż jestem w stanie przeczytać. Był piękny.
A potem nastał wolny rynek. Książki nas zalały jak ocean. Księgarnie pękają w szwach, co miesiąc dziesiątki nowości, krzyczących o chwilę uwagi kolorowymi okładkami. Role się odwróciły. To książki teraz szukają czytelników. Ale jedno się nie zmieniło. Wciąż na pięć zakupionych pozycji, dwie to propaganda, tyle że teraz już czegoś innego, dwie są po prostu nudne i tylko jedna wśród nich perełka.
Kochani Blogerzy, Drogie Portale Czytelnicze! Szukajcie dla nas tych skarbów, wyciągajcie je na światło dzienne i nie bójcie się mówić prawdy. W przeciwnym razie zaleje nas góra papieru, zapisanego literkami, które w żaden sposób nie chcą się złączyć w sensowną całość, choć składamy je prawidłowo, jak nas babcia nauczyła.
Książka powinna być drogą. Do przyjemności, radości, wzruszenia, mądrości, wiedzy. To obojętne. Każda z tych wartości spełnia swoją ważną rolę. Byle nie na manowce.

Umiar i minimalizm



Dzisiaj będzie o umiarze, prostocie i sztuce minimalizmu. W epoce kiedy każdy dąży do pełni życia, jak największej satysfakcji i spełniania marzeń, jest dokładnie tym, czego potrzebujemy, ponieważ wcale nie zaprzecza wyżej wymienionym pragnieniom, lecz ułatwia ich osiągnięcie.

Z całej serii napisanej przez Dominique Loreau nie kupiłam tylko Sztuki minimalizmu, albowiem kosztuje w Empiku 46 złotych, a uważam, że albo minimalizm, albo książka za 46 złotych. Za to, jak zawsze w przypadku książek zbyt drogich, przekartkowałam ją na miejscu.

Wszystkie pozostałe przeczytałam. To cenna lektura wnosząca ważne spostrzeżenia w nasze skomplikowane, zalatane i przepełnione niepotrzebnymi rzeczami życie.

Myśl płynąca z całego cyklu jest prosta. Potrzebujemy o wiele mniej rzeczy niż sądzimy. Umiar i prostota otoczenia wpływają kojąco na nasze życie i dodają energii do pracy. Autorka w praktyczny sposób pokazuje, jak wprowadzić zmiany do swojego domu, pracy i sposobu dbania o zdrowie.
Najmniej podobała mi się Sztuka planowania, bo chociaż rozumiem konieczność spisywania celów i planów na kartce, to ma naprawdę zupełnie inną moc, niż planowanie w głowie, to jednak taka ilość najprzeróżniejszych list, jaka została tutaj zaproponowana mnie, szczerze powiedziawszy, przerosła.

Na koniec o Sztuce sprzątania. To zajęcie, za którym nie przepadam, a wykonywać muszę bez przerwy. Ciągle mam na tym polu jakieś zaległości, dlatego każda pomoc, nawet teoretyczna, jest w cenie. Chciałabym się podzielić patentem na sprzątanie ekologiczne.  Pojawiło się w naszym domu trochę przez przypadek na skutek podejrzenia o uczulenie na chemiczne środki czystości. Na początku wydawało mi się, że to będzie jakaś katastrofa i nigdy temu nie podołamy, ale szybko się okazało, że chemię naprawdę można zastąpić. Soda oczyszczona zamiast mleczka i płynu do naczyń, ocet do szkła. Badania nie potwierdziły uczulenia, ale chemia z domu wyleciała na dobre. Oczywiście, nie całkowicie. Używam kostek do zmywarki, bo nie mam pomysłu, czym można by je zastąpić, od czasu do czasu do grubszych zabrudzeń silniejszych środków. Ale większość myje się bez problemu odpowiednią szmatką, najlepiej z mikrofibry, ciepłą wodą, octem i sodą oczyszczoną. Zachęcam do przetestowania. Czego jak czego, ale więcej ilości mocnej chemii naprawdę mało kto w dzisiejszych czasach potrzebuje. A mniejsza zawsze jest korzyścią. Dla zdrowia i kieszeni.

Drzewa

Lubię drzewa. Wszelkie. Były na ziemi sporo przed nami, mają w sobie wiele majestatu i siły. Są źródłem dobrej energii i życia. Dlatego zawsze kojarzyły mi się z kobietami. Szczególnie lubię kasztanowce oraz ich piękne ciemnobrązowe owoce. Jesienią całymi miesiącami noszę w kieszeniach małe kasztanki i trzymam w dłoniach podczas spaceru czy zwykłej wyprawy na zakupy. Przez dwa lata próbowałam wyhodować kasztanowca z małej sadzonki we własnym ogrodzie, ale za każdym razem, kiedy udało mu się chociaż trochę podrosnąć, przychodziły sarny i zjadały wszystkie młode pędy. Najwyraźniej niepołomickie sarny wprowadziły moje drzewko do swojego menu na stałe i nie było szans, by je przekonać do jakiejś zmiany. Co nie oznacza, że nie próbowałam:) Ale drzewko nie przetrwało.
Drugimi moimi ulubionymi drzewami są jabłonie. Pięknie wyglądają wiosną, w porze kwitnienia, a ich białoróżowe kwiaty to miniaturowe dzieła sztuki. Są też pożyteczne, dają najlepsze i najzdrowsze owoce w ogromnej ilości odmian. Tak się do tej pory składało, że moje książki były oddawane do wydawców w czerwcu, ostateczne wersje często więc powstawały pod dachem z jabłonkowych kwiatów i w przyjemnym szumie pszczelich skrzydeł.
Jabłonie chyba też mnie lubią. Ta, pod którą najczęściej piszę lub odpoczywam, tak się prezentowała w sierpniu zeszłego roku.
A moje najmłodsze maleństwo, posadzone ostatniej jesieni, już w pierwszym sezonie tak obrodziło, że martwię się czy przetrwa tę obfitość owoców.



Trwają wakacje. Zachęcam do odwiedzin w lasach i parkach. Niech nam przez chwilę szumią gałęzie nad głowami, a słońce delikatnie grzeje przez zielone liście. To daje siłę, energię i zdrowie, czego z serca wszystkim życzę:)

Weekendowa czytelnicza radość.

Moja weekendowa nagroda za trudy tygodnia. Nie mogę się zdecydować, więc czytam wszystko na raz. Bezcenny jak na razie wspaniały, Magnolia, Prowincja  i Ewa Chodakowska również.
Polecam wszystkie w zestawie z leżakiem, słońcem i zimnym sokiem.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich odpoczywających z książką w dłoni.
© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon