Strony

.

.

Wielkanocne chlebki

Zawsze sobie obiecuję, że przed świętami odpocznę, a potem piekę jak szaleniec całymi dniami. Wczoraj ostanie były chlebki na wielkanocne śniadanie. W całym domu tak pachniało, że nie żałowałam ani jednej poświęconej im chwili. Tym bardziej, że przepis bardzo prosty i zawsze wychodzi. (1 kg mąki, trochę drożdży, mleka i wody, łyżeczka soli,1/3 szklanki oleju i mieszać. Reszta stanie się sama:)

Na tę niezbyt sprzyjającą aurę za oknami polecam ciepłą, pachnącą chlebem opowieść Petera Pezzelli'ego Kuchnia Franceski. To historia o miłości, o wychowaniu dzieci, trudnych wyborach i wielkiej roli ciastek z czekoladą w życiu człowieka. Pełna humoru i obserwacji życiowych, a jednocześnie lekka i przyjemna. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że tam też panowała zima, ale minęła i nie pozostał po niej nawet ślad.

Życzę wszystkim radosnych świąt.





Magia opowieści


Wczoraj, późnym popołudniem, daleko od domu, uciekł mi w ostatniej chwili pociąg do Krakowa. Zamachał tylko żółtym ogonem i zniknął za zakrętem, zostawiając mnie samą na mrozie. Winny temu jest oczywiście Tusk, ponieważ, jak podają opiniotwórcze media, jest on zasadniczo winny wszystkiemu. Ewentualnie Kaczyński.
Uważam, że rząd powinien zająć się tym problemem i po prostu zakazać pociągom uciekania w ostatniej chwili. Ze szczególnym uwzględnieniem pociągów do Krakowa.

Zostałam na dworcu z perspektywą trzygodzinnego oczekiwania na kolejne połączenie. W torebce miałam otrzymane w prezencie książki. Poradnik jednej z moich ulubionych autorek pani Magdaleny Makarowskiej oraz dwie powieści obyczajowe. Już  pobieżne przekartkowanie książki pani Makarowskiej, piszącej z właściwym jej polotem i ogromną wiedzą o zdrowym odżywianiu, sprawiło, że w licznych dworcowych budkach, po brzegi wypełnionych jedzeniem, odważyłam się zamówić tylko herbatę z cytryną:)

Potem usiadłam na twardej ławce, wyciągnęłam jedną z powieści i nagle wszystko znikło. Tusk z Kaczyńskim, dworzec, tłuste jedzenie, wielkanocny mróz i perspektywa długiego czekania na pociąg. Pani Gabriela Gargaś swoją powieścią Jutra może nie być błyskawicznie przeniosła mnie w inny świat. Opowieść wciągnęła mnie tak mocno, że mało brakowało, a uciekłby mi kolejny pociąg. Podobały mi się mocne żarty i liryczne obserwacje, dobrze opowiedziana historia i jej bohaterowie. Ale najbardziej ta rzadka umiejętność przenoszenia czytelnika w świat swojej opowieści.

To wielki dar. Wojciech Cejrowski opowiadał, że kiedy znalazł się w głębi dzikiej dżungli wśród Indian i nie miał już nic, co mógłby wymienić na pożywienie, za dobrą opowieść otrzymał nocleg i kolację. Na szczęście dla autorów pod każdą szerokością geograficzną ludzie lubią słuchać ciekawych historii.
My też lubimy i dlatego wciąż szukamy nowych książek.
Powtórzę więc za Agnieszką Lingas Łoniewską: Czytajmy polskich autorów. Mają naprawdę wiele do zaoferowania.
Książkę pani Gabrieli Gargaś serdecznie polecam.

Za możliwość zapoznania się z twórczością autorki dziękuję Wydawnictwu Feeria.

Dlaczego zawsze żal mi było ziemniaka?

W dzieciństwie często brałam udział w kopaniu ziemniaków. Z miękkiej osypującej się ziemi wyciągałam korzeń rośliny wokół którego pełno było dorodnych bulw ziemniaków i małych ziemniaczków.  A wśród nich można było zobaczyć  zniszczoną, wyschniętą lub przegniłą połówkę ziemniaka, który dał początek tej jędrnej i zdrowej gromadzie.

Zawsze było mi żal tego starego ziemniaka. Że musiał marnie zginąć, żeby tamte mogły wyrosnąć.

Minęło naprawdę wiele lat, zanim zrozumiałam, że inne ziemniaki, te które pozostały bezpieczne w piwnicy i nie musiały ginąć dla sprawy, też na wiosnę zakończyły żywot. Stare, pomarszczone, z kiełkującymi wokół bezwartościowymi  pędami zostały wyrzucone do kompostu albo zjadły je świnie, które jak wiadomo nie są wybredne.
I wcale nie jest to wstęp do rozważań o tym, że warto mieć dzieci (chociaż z całą pewnością warto), ale do rozważań ta temat poświęcenia.

Podsumujmy. Najpierw mieliśmy w naszym kraju walki między plemionami podczas tworzenia nowego państwa, potem wojny o granice, Krzyżaków, Tatarów, Ruś, Prusy oraz wszelkich ich następców.  Przez  123 lata nie było nas jako kraju na mapie, co jest swoistym fenomenem, bo kiedy Polska odzyskała niepodległość po pierwszej wojnie światowej  nie żył już ani jeden człowiek, który by pamiętał czasy wolności. A język i kultura przetrwały w nienaruszonym stanie, literatura rozwijała się bujnie i państwo bez trudu się odrodziło. Dwadzieścia lat panował względny spokój i przyszła druga wojna światowa, a potem prawie pięćdziesiąt lat komuny.

Doprawdy kiedy się spojrzy wstecz widać wyraźnie, że czasy pokoju i stabilizacji nie są w naszej ojczyźnie rzeczą zwyczajną. Kiedy człowiek  tylko obróci głowę zobaczy za sobą setki tych, którzy się poświęcili. Dla różnych wielkich spraw.
Partyzanci, żołnierze, sanitariuszki.

Teraz też takich ludzi nie brakuje. Kobiety, które się poświęcają dla dobra rodziny, rodzą i wychowują dzieci.  Mężczyźni, wierni danemu słowu.  Artyści, tworzący piękne, wielkie rzeczy. Politycy (słowo honoru znam takich), którzy poświęcają swój czas dla dobra ogółu. Mądrzy, życzliwi lekarze, pełni wiary księża. Nikt o nich nie mówi. Zarzucamy się nawzajem we wszystkich środkach przekazu negatywnymi historiami i pogrążamy w przygnębieniu.

Owszem łatwo nie jest, ale sprawiedliwość nakazuje, by wymieniając wady, nie pomijać zalet. Żyjemy w niepodległym kraju, nie ma wojny, za to jest  wolność słowa (z czego niektórzy korzystają trochę zbyt ochoczo), a wokół nas mnóstwo dobrych ludzi. Jest z czego być dumnym i myślę, że warto o tym mówić, pokazywać pozytywne przykłady, dzielić się dobrymi wiadomościami. Można zacząć od dzisiaj. Zachęcam serdecznie.



© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon